Skocz do zawartości

Historia afrodyzjaków

budowa penisa budowa członka

  • Zaloguj się, aby dodać odpowiedź
Brak odpowiedzi do tego tematu

#1 afrodyzjak

afrodyzjak

    Świeżak

  • VIP
  • 5 postów

Napisano 11 05 2009 - 13:20

Miłość to nie tylko głód fizyczny, lecz także potrzeby emocjonalne; jest ona tym, co zajmuje ludzi najbardziej w świecie. Przez wszystkie wieki, jak świat długi i sze­roki, ludzie poszukiwali środków zdolnych wzmóc nie tylko doznania seksualne, ale i romantyzm tychże do­znań. Grecy, obdarzeni szczególnie radosnym stosun­kiem do życia i miłości, pogoń za uciechami uznali za najlepszy sposób na życie. Nurzanie się w zmysłowości było nieomal obowiązkiem religijnym, uznawano bo­wiem za stosowne okazywać bogom wdzięczność za dar cielesnego piękna; sami również bogowie zaiste nie ociągali się zbytnio z dostarczeniem Grekom stosow­nych przykładów. Bogini miłości, Afrodyta, czczona też jako Afrodyta Pome, czyli Afrodyta Dziwka, nie czuła zbytniej awersji do czerpania radości z zakazanej miłości, gdyż w miłości zacierały się granice pomiędzy sacrum i profanum. Stosunek Greków do miłości był pozbawiony złudzeń i pruderii, a bogowie greccy stali się uosobieniem ludzkich ideałów i dążeń.
Jednakże na co dzień Grecy dążyli do panowania nad swoim życiem, dlatego też, aby sobie pofolgować, urządzali - często za fundusze państwowe - orgiastycz­ne święta Afrodyty i Dionizosa, traktowane jako swoje­go rodzaju "zawory bezpieczeństwa". Handel afrody­zjakami w postaci specyfików i zaklęć kwitnął, najpo­pularniejsze kupowano od doświadczonych heter - pro­stytutek świątynnych i kapłanek. Grecka literatura ero­tyczna zaleca spożywanie cebuli, marchwi, trufli, jajek, miodu i ananasów, a także jesiotra (jest matką kawioru), krabów, ślimaków, krewetek i innych skorupiaków. Od niepamiętnych czasów rybom, dla ich związku z mo­rzem (stamtąd przybyła Wenus) i wysokich wartości odżywczych, przypisywano właściwości afrodyzujące. Starożytni Egipcjanie zabronili swoim kapłanom zjada­nia ryb, gdyż rzekomo odrywały ich od obowiązków kapłańskich.
Greków, jak i wiele innych narodów, zachwycały nieznane i egzotyczne potrawy. Zrobili też ich wielki zapas, spisując przepisy z Egiptu i Wschodu. W prze­ciwieństwie do Greków społeczeństwo Rzymu dawało się powodować swoim pasjom, aż rzymski poeta Owi­diusz, w Remedia amoris, uznał za stosowne ostrzec swoich pobratymców, by nie używali "napoi miłos­nych, które równowagę umysłu zakłócają i szalonego opętania rozpalają ognie". O Kaliguli mówiono, iż za sprawą trujących eliksirów, podawanych mu przez żonę
dla podtrzymania miłości, zmienił się z normalnego Rzymianina w zdegenerowaną bestię. Owidiusz. dora­dzał używanie leczniczych ziół i roślin, sugerując jed­nocześnie, iż często stosowany afrodyzjak raczej otruje niż pomoże w miłosnej potrzebie. "Jedz białe szalotki przysłane z Megary lub zioła z ogrodu, co są afrodyzja­kami, lub jajka, lub miód płynący z gór Hymetu, lub orzechy rosnące na drzewie sosny o ostrych liściach. Och, czemuż ku sztukom magicznym kierujesz się, Erato! Sugerowałbym znacznie subtelniejszą drogę".
Rzymianie poszerzyli greckie menu o genitalia roz­maitych zwierząt, uznawanych za kochliwe lub dzikie: osłów, wilków, jeleni, wzbogacając w ten sposób afro­dyzującą ucztę o odrobinę magii. Poszukując pewnego nadmorskiego uzdrowiska, Horacy zapytywał, czy był w nim dostatek dziczyzny, ryb i jeżowców, które "roz­grzałyby żyły, pobudziły umysł, wzbogaciły mnie o no­we nadzieje, dodały odpowiednich słów i uczyniły miłym oku niewiasty".
Znajdziemy tu również pożywne mięso ostryg, "co wysłało na morze tysiąc okrętów", rozmaite gatunki fa­soli, znane od wieków z właściwości rozbudzających pożądanie - będące symbolem płodności i używane przez wyższe warstwy do magii miłosnej, rokiettę siew­ną, hodowaną wokół fallicznych pomników stawianych Wenus, jej synowi Priapowi i bożkowi wina - Bachuso­wi, jest też pieprz utarty z nasionami pokrzywy, cząber i grzyby. Za szczególnie silnie afrodyzujące uznawano noszenie amuletów z zębów krokodyla oraz skór żu­rawi.
Niestety, Rzymianie odkryli jeszcze inny, silny bo­dziec seksualny - okrucieństwo. Rozkoszowali się od­rażającymi widowiskami cyrkowymi, na które składały się poniżanie, tortury i śmierć walczących na arenie... "Uderz tak, by poczuł, że umiera" - powiedział Kaligu­la. Wokół Cyrku Wielkiego (Circus Maximus) w Rzy­mie powstało wiele domów publicznych, które zaspo­kajały pobudzony do szaleństwa apetyt mężczyzn po­wracających z widowiska. Być może to właśnie tutaj znajdziemy odpowiedź na pytanie, dlaczego niektórzy uznają czerwone mięso za stymulujące do tego stopnia, że potrafi wydobyć z człowieka bestię (pod koniec XVIII wieku markiz de Sade w swoim erotycznym dziele pt. Juliette poleca mięso jako pożywienie stymu­lujące seksualnie, a jeden z bohaterów posuwa się jesz­cze dalej, wychwalając zalety odżywiania się mięsem ludzkim!). Nasz ludzki przewód pokarmowy jest lepiej przystosowany do spożywania pokarmów roślinnych, wobec czego, szukając miłości, należałoby jednak ograniczyć spożywanie mięsa.
To właśnie w społeczeństwie rzymskim po raz pier­wszy odnajdujemy poczucie winy seksualnej. Cyrk, uroczystości religijne, jak na przykład bachanalia, pod­czas których kapłani pospołu z uczestnikami oddawali się odrażającej, nieokiełznanej chuci, a także niespra­wiedliwy system społeczny, oparty na niewolnictwie, wypaczyły moralność Rzymian i zdeprawowały ich stosunek do przyjemności. Im bardziej społeczeństwo staje się dekadenckie, a zarazem represyjne lub szo­winistyczne, tym chętniej używa ekstremalnych metod rozwiązywania swoich problemów w każdej dziedzi­nie. Lepiej by się stało, gdyby proste zalecenia Owidiu­sza nawróciły Rzymian, przebierających miarę w odda­waniu się cielesnym uciechom. Odbudowaliby w ten sposób swoją utraconą energię seksualną, a nie uciekali się do orgiastycznych bankietów z tak bogatymi i wyszukanymi potrawami jak wątróbki szczupaków, móż­dżki pawi i języczki flamingów. Luksusy te służyły podnoszeniu libido; aby jeszcze zaostrzyć apetyt klas) uprzywilejowanej, przygotowywano kolejne pokaz)
odrażającego okrucieństwa. Podczas bankietów często też odbywały się erotyczne przedstawienia z udziałem tańczących dziewcząt, podobne do tych opisywanych przez Juwenalisa: "A może będziesz oczekiwał wzbu­dzających ochotę tańców z Gadez (Kadyks), gdzie za­wodzi jękliwa muzyka, a dziewczęta powoli omdlewają osuwając się na ziemię i dygoczą dla oklasków... bo­dziec dla ociężałych kochanków, bicz z pokrzyw przy­wracający bogatych mężów do życia".
Prawdę mówiąc, niektóre z afrodyzjaków używa­nych przez Rzymian były trujące lub nieuczciwie zdo­byte. Cesarz Wespazjan nakazał wyłapywać dostaw­ców afrodyzjaków, którzy dostarczali śmiertelne sub­stancje, a następnie karać ich banicją lub śmiercią. Lecz nawet w ten sposób nie dało się powstrzymać obiegu ta­kich "lekarstw".
Walcząc o przetrwanie wśród zgiełku tego świata, Kościół chrześcijański sprzyjał twierdzeniu, że rozko­sze płciowe są złem i, niestety, nadal podtrzymuje ten pogląd - jakże jest to odległe od prostego hedonizmu Greków.
Ponieważ między stosowaniem afrodyzjaków i ma­gią miłosną zwykle stawiano znak równości (często ist­niały ku temu powody), Kościół - mający od czasów średniowiecza wielki wpływ na większość obszaru świata zachodniego - uznał je za zgubne. Średniowie­czny kochanek, trafiony strzałą nie odwzajemnionej lub nie spełnionej miłości, był zatem zmuszony szukać po­mocy z przypadkowych źródeł, często bliskich nieczy­stym praktykom. Posługiwanie się afrodyzjakami otulił całun winy, a nazwy ich składników zaczęły przybierać złowróżbne brzmienie - jeśli rozkosz cielesną uznano za zło, również sprawy z nią związane były potępiane. Serce ropuchy, tłuszcz z wisielca, duszone w ludzkiej czaszce - takich ingrediencji używano, by zmienić ko­leje miłości. W ten oto sposób zmysłowy bożek Pan przeistoczył się w Diabła, wraz z całym sztafażem swo­ich rogów, ogona i reszty, a piękną Afrodytę-Wenus ukazywano jako ohydną wiedźmę czekającą, by uwieść słabych i grzesznych. Jakże to wielki kontrast z hojną Matką Stworzenia! Ciemność nie spowiła jednakże wszystkiego, gdyż pamiętano jeszcze sposób przyrzą­dzania co bardziej czarownych eliksirów i lekarstw, znanych mędrcom starożytności; reputację tych środ­ków poprawiły wieki stosowania... W tych sprawach czas i odległość zawsze wpływają dodatnio na zaufanie ludzi. Za panowania Tudorów w Anglii panienki przy­rządzały dekokty, zaprawiane jakimś specjalnym ziół­kiem podobnie jak wcześniej czyniły to osławione wiedźmy greckiej Tesalii (które, nota bene, nie miały nic przeciwko jakimś nieczystym dodatkom, stosowa­nym od czasu do czasu). W tym samym okresie, zwa­nym Wesołą Anglią, podczas wystawnych uczt, do pie­czonych dzików, zajęcy, jagniąt, kur, łososi i minogów podawano pikantne sosy sporządzone przez francu­skich i włoskich kucharzy (już podówczas byli oni w cenie), znających wszelkie domniemane zalety takiej ostrej kuchni. "Biada kucharzowi, którego sosy nie pie­ką ust! I znów biesiadnicy przeplatają różnorodne i wy­śmienite posiłki muzyką i błaznami, a gdy ucztę zakoń­czą, wpadają w objęcia tańców i dam".
Zielarze i medycy niejednokrotnie zbyt pochopnie przypisywali cudowne właściwości produktom przy­wożonym z dalekich krajów. O pomidorach, znanych
jako jabłka miłości, oraz o ziemniakach z Peru mówio­no, że przez samo swoje egzotyczne pochodzenie i wielkie koszty związane z ich zdobyciem obdarzone są siłami pobudzającymi. Rzadkość i luksus zawsze uważane były za potężny afrodyzjak, zdolny przenieść szczęśliwców w atmosferę nieziemskiego świata. Szekspirowski Falstaff, chcąc przypodobać się weso­łym kumoszkom z Windsoru, wykrzyknął: "Niech z nieba spadnie deszcz ziemniaków!", a bohater sztuki Johna Fletchera, The Loyal Subject (Lojalny poddany, 1618), prosi: "Niech Wasza Lordowska Mość zadowoli się smakiem zacnego ziemniaka. Wpłynie on korzyst­nie na Wasz więdnący stan i napełni Waszą Miłość za­cnymi zachciankami".
Holinshed napisał, iż "najdroższy i najtrudniejszy do zdobycia gatunek mięsa [jedzenia] jest ogólnie uznany za najbardziej wyrafinowany, a co za tym idzie, każdy gość pierwej nim zechce się pożywić". Jednakże wiele produktów sprowadzanych z obydwu Ameryk i ze Wschodu uznawano przede wszystkim za "miłosne czyny u mężów wywołujące" w ten czy w inny sposób. Lecz o tym później.
Po kasacji klasztorów, w których utrzymywano ku­chnie dorównujące królewskim, nadeszły czasy ogra­dzania [rugowania chłopów z ziemi - przyp. red.] i bie­dota w Anglii zaczęła głodować. Z tej ciemnej zapaści wyrósł purytanizm, który, pozbywszy się wspaniałego przepychu monarchii Stuartów, zakazał używania przy­praw "co afekta podniecają". Warto jednak wspomnieć, że cały wiek wcześniej kochanka króla francuskiego Henryka II, Diana de Poitiers - uznana za najpiękniej­szą kobietę we Francji - z całą świadomością odrzuciła ciężką i bogatą dietę dworu na rzecz świeżych owoców i jarzyn. Chociaż mówiono, jeśli wierzyć Barbarze Cartland, iż swą młodość i zapały miłosne Madame de Poitiers zawdzięczała czarom.
Po restauracji monarchii Stuartowie ponownie oddali się ekscesom zmysłowym i kulinarnym, choć zbyt czę­sto nadmiar jedzenia i wina "czynił ich starania słaby­mi". Kochanek-szczęściarz mógł rozkoszować się języ­czkami karpi w chrupiącym cieście czy bażantem nasą­czonym ambrą. Lecz, prawdę mówiąc, angielskie pod­niebienie nigdy nie odzyskało równowagi po prostej strawie narzuconej przez purytanów, "porządne pieczone­ mięso" uznano za godne Anglika - żadne tam obficie zlane sosem potrawy, krajańce rzymskiej proweniencji i towarzysząca im aura pożądliwości. W tym kontek­ście można zrozumieć, że każda urozmaicona, elegan­cka, dobrze przyprawiona czy niezwykła potrawa była uznawana za "grzeszną", czytaj - "za afrodyzjak". Nie przeoczono zatem zalet frykasów [Anglikom tak przy­padły one do gustu, że przerobili francuskie quelques choses na swojsko brzmiące kickshaws - przyp. tłum.]. Ci, którym starczało czasu i bogactwa, by zażywać roz­koszy zmysłowych, wciąż mieli na swych usługach francuskich kucharzy, kuszących rozmaitością "ciast, galaret, tortów i kremów" z grzybów, cynaderek, trufli, słowików, migdałów i szparagów, a także "ssących pro­siąt, świeżo odstawionych od maciory i karmionych dni czternaście daktylami a muszkatelowymi winogrona­mi" (Philip Massinger w The City Madam - Miejska Dama, 1630). Szczęśliwcy ci, przez swe "rozwiązłe amory", przyprawiali o odrazę i strach ludzi podobnych Samuelowi Pepysowi.
Francuzi od dawna cieszą się opinią narodu docenia­jącego przyjemności stołu i ciała - Talleyrand powie­dział, że w życiu liczą się dwie rzeczy: "wydawanie do­brych kolacji i utrzymywanie odpowiednich stosunków z kobietami". Damy, prowadzące domy rozrywki w osiemnastowiecznej Francji, serwowały petits soupers (co dobrze ilustruje polegające na wzajemnym zrozumieniu przymierze między jedzeniem i miłością), rywalizowały wręcz ze sobą o to, by jak najlepiej pod­jąć gościa i zapewnić sobie klientelę wśród modnych bogaczy. W 120 dniach Sodomy markiz de Sade opisu­je, w jaki sposób galanci i ich roznegliżowane kochanki konsumowali wykwintne dania "złożone z białego mię­sa ptactwa i dziczyzny, przybranych na wszelakie spo­soby. Po takim początku następowało danie pieczone; składały się na nie najrzadsze gatunki mięsa, następnie pojawiały się słodycze na zimno, zaraz po tym ich miej­sce zajmowało dwadzieścia sześć puddingów ułożo­nych w różne symbole i kształty. Gdy te zabrano, pustkę zapełniał garnitur zimnych i ciepłych ciast. Na koniec uczty pojawiał się deser, pyszniący się, bez względu na porę roku, olbrzymią ilością rozmaitych gatunków owoców, po nim szły lody, czekolada i alkohole. Co się zaś tyczy win - każdemu daniu towarzyszyło inne". Po­trawy przyprawiano pieprzem, imbirem i innymi egzo­tycznymi przyprawami, mającymi rozgrzać lędźwie. Ciasta i czekolady obficie zaprawiano kantarydą (mu­chą hiszpańską), zresztą ku zgorszeniu wielu. Elegan­cki burdel wyposażony był w specjalne salons de preparation, w których sporządzano wszelkiego rodza­ju pigułki afrodyzujące, eliksiry i paifums d'Arabie, wraz z dziwacznymi przyrządami mechanicznymi, a wszystko po to, by zepsuć (w prawdziwym tego sło­wa znaczeniu) klientów.
Arabscy handlarze jedwabiem i korzeniami przywo­zili ze sobą najlepsze osiągnięcia swojej wielkiej cywi­lizacji - cywilizacji, która stworzyła dzieła z zakresu nauki, astronomii,. medycyny i filozofii. Dały one po­czątek nauce europejskiej (o ileż bogatszy i łatwiejszy byłby ten początek, gdyby większość dorobku myśli antyku nie przepadła VI zagładzie wielkiej Biblioteki Aleksandryjskiej podczas wojny prowadzonej przez Cezara w roku 48 p.n.e. i w czasie pożaru Biblioteki "Córki", spalonej w roku 389 naszej ery w wyniku bar­barzyńskiego fanatyzmu chrześcijańskiego cesarza Teodozjusza I). Kultura ta stworzyła również bogatą poezję i literaturę. Dzięki tłumaczeniom z francuskiego sir Roberta Burtona, humanisty i podróżnika, zostali­śmy wtajemniczeni w ciekawe arabskie dzieło o miło­ści, napisane przez szejka Nefzawiego, znane jako The Perfumed Gardenfor the Soul`'s Delectation (Ogród pa­chnący ku duszy ukontentowaniu), napisane, jak twier­dzi Alan Hull Walton, "w duchu jednocześnie ludzkim i pełnym czci i oddania". Żona Burtona uznała za sto­sowne spalić nowe wydanie, nad którym pracę przer­wała Burtonowi śmierć. Ogród... rozpoczyna się od słów: "Chwała bądź Bogu, który umiejscowił najwię­kszą rozkosz mężczyzny w naturalnych częściach ko­biety i przeznaczył naturalne części mężczyzny na naj­większą radość dla kobiety". Znajdziemy tu wszystko. co "sprzyja aktowi spółkowania", wiele miejsca po­święcone jest też afrodyzjakom - z tego również źródła czerpie z radością autorka niniejszej książki, jak Arabo­wie czerpali z Indii i ze Wschodu.
Indie, chlubiące się cywilizacją rozwijaną przez pięć tysięcy lat, mają bogatą i artystyczną tradycję wiedzy seksualnej. Gdy na Zachodzie ciało jest często do dzi­siaj źródłem wstydu dla wszystkich prócz dzieci, w tan­trze indyjskiej uważa się je za instrument, dzięki które­mu, poprzez ekstazę, można osiągać wiedzę. Tu też oddaje się należyty szacunek lindze (penisowi) i joni (or­ganom kobiecym), które wielbiono jako symbole płod­ności na długo jeszcze przed pierwszymi priapicznymi pomnikami Rzymian. Hinduskie malarstwo i rzeźba erotyczna odbijają radość znajdowaną w przyjemno­ściach cielesnych, podobnie jak to czynią słynne trakta­ty o miłości: przypisywana Kaljanamalli Anangaranga i Watsjajanie Kamasutra - źródła informacji o afrody­zjakach i wszystkim, co się tyczy miłości, cenne zarów­no dla naukowca, jak i kochanka. Początek Anangaran­gi, zadedykowany Kamie, hinduskiemu bóstwu miłości oddaje cześć należną miłości: "Jemu to - o czarującym wdzięku, co mieszka w sercach nas wszystkich, tego, który zniszczył Śambarę, stanowi pociechę oczu Rati, jest wiecznotrwałym pięknem, co z mocą pokonuje wszystkich swych nieprzyjaciół i jest dawcą rozkoszy ­Kamie składam pokłon". Kamasutra udziela rozlicz­nych porad dotyczących wzmocnienia możliwości se­ksualnych: zaleca spożywać szparagi z melasą, gotowa­ne w mleku i maśle z mleka bawolic, przyprawione lu­krecją; ryż z jajkami wróbla, gotowanymi z miodem, mlekiem i masłem z mleka bawolic. Anangaranga radzi kochankom posilać się cukierkami z cukru, miodu i so­ku bhuya-kothali. Hinduscy kochankowie preferują także: cebulę, czosnek, fasolę, miód, mięso sów i "sa­dzę, zebraną z odwróconej ludzkiej czaszki, wyjętej ze stosu pogrzebowego, z miejsca kremacji", która - nało­żona na oczy - "urzeknie świat cały".
W Chinach doustne środki pobudzające służyły wy­łącznie mężczyźnie: w ten sposób pobudzał swój członek; kobietę natomiast, aby podniecić jej ciało, zachę­cano do zewnętrznego stosowania balsamów i pudrów". Uważano, że podniecania potrzebuje ona w mniejszym stopniu, a dla zbliżenia bardziej konieczne jest rozbu­dzenie mężczyzny. Najczęściej używano żeńszenia. cy­namonu, wodorostów, siarki, igieł sosnowych, strzykw. wątroby rozmaitych zwierząt, wydzielin gruczołów płciowych, odchodów - ludzkich bądź też pochodzą­cych od zwierząt znanych z siły lub drapieżnoścI (niedźwiedzie, kozy, byki). Symbolika seksualna była dla Chińczyków bardzo ważna. Popularne stały się rogi zwierząt, rośliny i grzyby o kształtach fallicznych. Chińczycy odczuwali istotę jednej z najważniejszych cech afrodyzjaków, mianowicie ich dobroczynnego wpływu na zdrowie, a co za tym idzie - na seks. Nie­przypadkowo zresztą wyraz "odżywczy" jest w języku chińskim eufemizmem oznaczającym "afrodyzujący".
Aby gwałtowniejszą uczynić napaść na Namiot z Ja­deitu (to jedna z wielu poetyckich nazw, używanych w Chinach do opisywania stosunku; penis określa się tam mianem Jadeitowej Łodygi, organy kobiece zaś­mianem Jadeitowej Bramy lub Namiotu, ich połączenie to chmury z deszczem) - męski bohater erotycznej księgi Chin P 'ing Mei, Hsi-men Ch-ing, otrzymał od wędrownego mnicha tybetańskiego pigułkę afrodyzują­cą. Miała ona, jak twierdził, zamienić zimową noc w wiosenny poranek:
Który mąż nie przedłożyłby jej nad złoto,
Nie wyniósł jej nad Jadeit,
Nie wymienił na swą szatę jedwabną,
Czy na swój płaszcz z najdelikatniejszych soboli?